Recenzja książki „Potęga teraźniejszości” Eckharta Tolla. Część 2.

W „Potędze teraźniejszości” autor próbuje także znaleźć odpowiedzieć na pytanie – czym dla każdego z nas jest szczęście? Wszyscy uganiamy się za rozkoszami fizycznymi lub różnymi formami psychicznego zaspokojenia. Wydaje nam się, że osiągnięcie tego celu nas uszczęśliwi, uwolni od lęku. Szczęściem – autor określa stan, w którym człowiek mocniej niż zazwyczaj czuje, że żyje. Po osiągnięciu krótkotrwałego spełnienia człowiek ten znów szuka spełnienia w przyszłości.

Byle nie „tu i teraz”. W taki sposób bezwiednie tworzymy sobie złudną nadzieję na wybawienie w przyszłości. Prawdziwe wybawienie stanowi jednak życie całą jego pełnią.

Chodzi o to, aby być tym kim się jest, i czuć w sobie dobro, które nie ma negatywnego odpowiednika – radość Istnienia niezależną od niczego, co byłoby wobec niej zewnętrzne (…) Prawdziwe zbawienie to wolność – od lęku, cierpienia, rzekomego niedosytu, a więc i od wszelkiego pragnienia, łaknienia, zachłanności i lgnięcia.

Często uważamy, że startując z miejsca w życiu, w jakim się znajdujemy, nie mamy szans, na to, by dotrzeć do celu. Tak naprawdę teraźniejszość jest jedynym punktem wyjścia, która w tej podróży daje nam szansę powodzenia. Cel osiągamy bowiem w momencie, gdy uświadamiamy sobie, że już stoimy u celu.

Dopóki nasza świadomość nie „dostroi się” z istotą obecności, nasze relacje z innymi ludźmi także ulegać będą zaburzeniom. Niemal każdy związek miłosny to splot miłości i nienawiści. Nie da się całkowicie wyeliminować tej destruktywnej formy. Pozytywną stroną związku jest fakt, że kochasz. W tak silnych uczuciach istnieje także element niesamodzielności i kurczowego przywierania. Już sama myśl, że moglibyśmy stracić tą drugą osobę budzi w nas uczucia takie jak lęk, zazdrość, zaborczość, oburzenie i oskarżanie – wszystko to z obawy przed jej utratą. I w tym przejawia się ta negatywna strona, bo gdy ta druga osoba z jakiegoś powodu w końcu nas opuści – rodzi to w nas złość, rozpacz i żal.

Czego zatem szukamy w miłości?

Szukamy pełni, skupiamy się na jednym zjawisku, które nadało sens naszemu życiu. Zjawiskiem tym staje się druga osoba, która stanowi odtąd dla nas centrum. Ale to centrum pochodzi z zewnątrz, a więc nadal czerpiemy wyobrażenie o sobie – spoza siebie. W pewnym momencie nasz partner może zachowywać się w sposób sprzeczny z naszym wyobrażeniem i z naszymi potrzebami. Lęk, ból i niedosyt, to wszystko, co związane ze świadomością egotyczną, wszystko co zamaskował nasz związek z drugą osobą budzi się w nas na nowo. Sprawcy i winnego tego stanu rzeczy szukamy często w partnerze, co może spowodować z jego strony kontratak. Nasze ego stale żywi jeszcze nadzieję, że ta druga osoba zmieni swoje postępowanie, co na nowo pomogłoby nam ukryć swoje lęki pod zasłoną miłosnego związku. Tak powstaje nałóg.

Zamiast stawić czoło własnemu bólowi, próbujemy go ukryć i schować. Używamy w tym celu czegoś albo kogoś. Między innymi dlatego ludzie stale próbują uciekać od Teraźniejszości – wybiegając w przyszłość. Skupiając się na chwili obecnej pierwszym, co mogliby dostrzec, mógłby okazać się ich własny ból. Dlatego istotnym jest, aby będąc w związku z drugą osobą wystrzegać się osądzania.

Przestając osądzać siebie i swojego partnera robimy miejsce na miłość, radość i spokój. Największy przełom dokonuje się w nas wtedy, gdy w pełni akceptujemy tą drugą osobę, niczego nie próbując w niej zmieniać. Przekraczamy wówczas granice ego. Nie ma już ofiary, sprawcy, nie działa sprzężenie zwrotne, a tym samym nie dajemy się wciągnąć w nieświadome schematy. Na tym poziomie świadomości, ludzie albo rozstają się w przyjaznej atmosferze albo razem wnikają jeszcze głębiej w Teraźniejszość i w Istnienie.

Miłość jest bowiem stanem Istnienia. Nie mieszka gdzieś na zewnątrz, w drugim człowieku, tylko głęboko w nas samych. Kiedy przyjmujemy do wiadomości i akceptujemy fakty, uwalniamy się od nich. Dlatego ilekroć w naszym związku się nie układa, stanowi    to z jednej strony zagrożenie, ale i poniekąd szansę, bo coś, co pozostawało nieuświadomione wychodzi na jaw.

Jeżeli w relacji pomiędzy dwojgiem ludzi jedna strona pozostaje obecna, a druga żyje w nieświadomości, para albo zadomowi się w przestrzeni świadomości, albo „niczym oliwa i woda” się rozdzieli.

Światło zbyt boleśnie rani tego, kto woli pozostać w ciemnościach.

Zanim więc osiągniemy spełnienie w związku z drugim człowiekiem, musimy poznać, pokochać i zaakceptować siebie. W „Potędze teraźniejszości” autor niejednokrotnie przytacza termin „poddania” – w kontekście posiadania umiejętności poddania się temu, co spotyka nas w życiu. Dla niektórych z nas może mieć ono negatywny wydźwięk, kojarzyć nam się z klęską i kapitulacją.

Poddanie – nie polega jednak na biernej akceptacji życia ani na zaniechaniu jakichkolwiek prób inicjowania w nim pozytywnych działań. Poddanie to – zdaniem autora postawa zalecająca raczej uległość, niż opór wobec nurtu życia. Jedynym punktem odniesienia staje się Teraźniejszość i chęć pogodzenia się z tym, co niesie obecna chwila. Opór wytwarza w nas negatywne emocje, a ich skutkiem staje się odczuwalny ból. Nie musimy akceptować niepożądanej sytuacji, w jakiej się znajdziemy. Nie osądzając Teraźniejszości, godzimy się z „jestestwem” danej chwili, przyjmując ją taką jaka jest, po czym robimy wszystko, co w naszej mocy, by móc tą sytuację odmienić.

To, jaką przyszłość będzie dane nam przeżyć, zależy tak naprawdę od teraźniejszego stanu naszej świadomości. Poddanie jest najlepszym, co możemy zrobić, by spowodować w sobie zmiany na lepsze.

Jak zwalczać opór?

Obserwując swoje myśli i energię emocji. Przekonamy się wówczas, że niczemu on nie służy. Opór jest słabością i lękiem w przebraniu siły. To, co ego uznaje za słabość, jest naszym Istnieniem. To, co ego uznaje za naszą siłę, stanowi naszą słabość. Fałszywe „ja” odgrywa zatem nieautentyczne role, aby zakamuflować rzekomą słabość,        w której w istocie tkwi nasza moc. Poddanie nie zmienia tego co jest, zmienia ciebie.

Akceptując rzeczywistość – nie pozostawiamy umysłowi wyboru, ego już nie ma z kim walczyć.  A jeśli nie potrafisz pogodzić się z tym, co zewnętrzne, pogódź się z tym, co tkwi w samym tobie. Nie wzbraniaj się przed bólem. Pozwól mu zaistnieć. Obserwuj go nie opatrując żadną etykietą. Otwórz się na niego i zobacz, jak cud poddania przeistacza cierpienie w głęboki spokój. Kiedy bardzo cierpimy, chcemy za wszelką cenę uciec od tego wewnętrznego bólu, ale od cierpienia nie ma ucieczki. Na chwilę można uciec w narkotyki, alkohol czy w pracę, lecz cierpienie zepchnięte w podświadomość wcale nie osłabnie. Rozsiejemy te emocje w postaci bijącej od nas energii, a inni ludzie podskórnie ją od nas odbiorą.

Nie wolno nam pozwolić na to, aby umysł wykorzystał nasz ból, by stworzyć z niego tożsamość ofiary. Nie użalajmy się nad sobą, wejdźmy w ten ból i poczujmy go od środka.

Kiedy bez reszty nad czymś się skupiasz, wykorzystujesz potęgę Teraźniejszości, która jest potęgą twojej obecności. Gdy zaś jesteś obecny, nie utrzyma się ani jedno ukryte gniazdo oporu. Obecność unicestwia czas, a bez niego nie przetrwa żadne cierpienie.

Godząc się na cierpienie odbywamy podróż w śmierć, a kiedy już taką śmiercią umrzemy stwierdzimy, że śmierci nie ma. Ego umiera.

W życiu naszym i naszych bliskich mają czasem miejsce sytuacje, które choć sprawiają ból, wcale nie prowokują do wprowadzania w swoim życiu pozytywnych zmian. Czy osoba, która stale wkracza w toksyczne związki dokonuje świadomego wyboru swoich partnerów? Autor odpowiada: „Żeby wybrać, trzeba być świadomym”. Dopóki utożsamiamy się z umysłem – nie mamy wyboru. Umysł zawsze będzie się starał odtwarzać to, co już zna.             I chociaż sprawia tym sobie ból, jest to ból dobrze mu już znany. Nieznane – zdaniem umysłu, jest niebezpieczne, dlatego osoby tkwiące w toksycznych relacjach, po ich rozpadzie wiążą się z podobnymi partnerami.

Jak wyjaśnić pobudki kierujące naszymi rodzicami, podczas gdy nasze relacje z nimi były zwyczajnie toksyczne? Wielu z nas odczuwa zadawniony żal, sądząc, że rodzice dokonywali świadomych wyborów, zachowując się względem nas tak, a nie inaczej. – Nic bardziej mylnego. Jeśli jesteś nieświadomy – jaki masz wybór?  Żaden. Utożsamianie się                      z umysłem to – zdaniem autora – rodzaj obłędu. Mając tego świadomość – łatwiej zrozumieć ludzi, którzy po prostu nie potrafili inaczej, bo nie byli świadomi. A skoro nie byli świadomi – nie mieli wyboru. Jedyne co można zrobić w tej sytuacji – to wybaczyć…

Każdy, kto żyje w nieświadomości, przysporzy światu cierpienia. Dźwigając brzemię konfliktów, problemów, lęku i bólu – prędzej czy później – wtrąci się w świadomość. Każdy, kto dostrzeże potęgę Teraźniejszości, przestanie czerpać poczucie „ja” z przeszłości. Dopiero wówczas autentycznie nauczymy się wybaczać sobie i innym. Uświadomimy sobie, że nic, co dotychczas spotykało nas w życiu, nie zdołało w jakikolwiek sposób dotknąć naszej istoty, tego, kim jesteśmy. Poddając się temu co jest, stajemy się w pełni obecni, a nasza przeszłość traci wszelką moc. Kluczem staje się obecność, teraźniejszość. A fakt, że przestaniesz się nad tym zastanawiać będzie oznaczał, że już się temu poddałeś.

Jak żyć?

Na to pytanie autor udziela odpowiedzi w ostatnich rozdziałach swej książki. Często zdarza się tak, że ludzie, którzy w swym życiu przeżyli zawód, doznali straty czy poczuli gorzki smak porażki, nabrali po tych doświadczeniach głębi, współczucia i pokory, stali się prawdziwsi i bardziej autentyczni. Trudno zatem określić, czy zdarzenia negatywne zawsze finalnie do takich należą. Ilekroć przytrafia nam się coś negatywnego, ukryta jest w tym często głęboka nauka, choć nie od razu tak ją postrzegamy. Nawet takie zdarzenie jak wypadek czy krótka choroba może pokazać, co w ostatecznych rozrachunkach ma dla nas prawdziwe znaczenie, a co jest go pozbawione. Okoliczności, w jakich życie stawia nas każdego dnia nie są więc ani pozytywne, ani negatywne, są jakie są i tak winniśmy je przyjąć.

Nie znaczy to, że w trudnych sytuacjach powinniśmy odczuwać szczęście i zadowolenie. Ciężko mówić o szczęściu w kontekście zdarzeń trudnych – takich jak choroba, czy śmierć bliskiej nam osoby. Ważne, by nie stawiać oporu wobec rzeczywistości. Wówczas gdzieś pod warstwą smutku zaznamy ukojenia i poczujemy wewnętrzny spokój, który stanowił dla nas będzie emanację Istnienia. – A jeśli mamy wybór, możemy działać? Autor odpowiada:

Zrób to, co zrobić musisz. A na razie zaakceptuj wszystko co jest.

Większość z nas musi naprawdę wiele wycierpieć zanim zaniecha oporu i pogodzi się z rzeczywistością. Pogodzi się – czyli wybaczy. Cierpienie przeistoczy się w wewnętrzny spokój. Dzięki wybaczeniu – pozwalamy chwili obecnej być taką, jaka jest – po prostu trwać. Wszystko, co wkroczy w pole świadomości, ulegnie jej wpływowi. Uleczymy ból nie robiąc właściwie nic, po prostu będąc, trwając w stanie intensywnej obecności.

Żyjąc w całkowitej zgodzie na to, co jest, wszelkie dramaty, które wcześniej rozgrywały się w naszym życiu – dobiegają końca. Nie pozwalasz się wciągnąć w żadne spory, bo nie sposób spierać się z kimś, kto jest w pełni świadomy. Potrafisz wyrazić swój pogląd nie stawiając oporu stanowisku rozmówcy, bo nie utożsamiasz się z własnym umysłem. Jesteś ponad tym wszystkim.

Dopóki żyjemy w wymiarze fizycznym, możemy czasem doznawać fizycznego bólu. Nie należy go mylić z cierpieniem, które bierze się z umysłu i z emocji. Cierpienie bowiem powstaje z oporu, jest dziełem ego. W naszym życiu zawsze zdarzać się będą cykle korzystne i cykle niepowodzeń – gdy będziemy musieli pozwolić odejść temu, co będzie miało zwolnić miejsce na to, co ma się pojawić.

W każdej porażce tkwi utajony sukces, a każdy sukces – poprzedzony jest porażką.

Formy te nie są naszym życiem, a jedynie życiową sytuacją, która stale ulegać będzie zmianie. Na tym polega życie. Nieprawdą jest, że tylko „ruch ku górze” jest pozytywny, a „ruch ku dołowi” jest zły – gdyż nie musi on stanowić naszego regresu. „Skoro pociąga cię wymiar duchowy, musiałeś widocznie ponieść w jakiejś sferze wielką porażkę lub stratę albo zaznać bólu. A może sprzyjające ci powodzenie okazało się puste i bez znaczenia, w sumie więc i ono stało się porażką”.

Dopóki nasz umysł będzie oceniał daną sytuację jako dobrą, będzie się z nią utożsamiał. Jej zniknięcie spowoduje, że unieszczęśliwi nas jej brak.  Dlatego tak ważne jest odróżnianie swojego życia od panującej w nim chwilowo życiowej sytuacji. Nie można utożsamiać się bowiem z iluzją. Ilekroć więc zauważysz, że odzywa się w tobie coś negatywnego, potraktuj to jako znak, a nie zapowiedź porażki. W trudnych relacjach, zamiast reagować na zaczepki innych pozwól, aby ich słowa przepłynęły przez ciebie, jakby nie istniał w Tobie już nikt, kogo można zranić. W ten sposób stajesz się nietykalny. Możesz oczywiście wypowiedzieć swoje zdanie na temat zachowania tamtej osoby, ale nie ma już ona władzy nad twoim stanem ducha. Sprawujesz nad nim władzę tylko Ty.

Jak odnaleźć w sobie ten wewnętrzny spokój?

Nie szukając. Gdy naprawdę pogodzisz się z wewnętrznym niepokojem – przeistoczy się on w spokój. Wszystko co zaakceptujesz – przywiedzie cię do celu. Zaufaj…

Podsumowując niniejszą recenzję zastanawiałam się, jaką wyciągnąć z niej puentę. Ale czy tak naprawdę jest ona potrzebna? Czytając „Potęgę teraźniejszości” niejednokrotnie napotykałam w sobie opór. Kilkakrotnie zaczynałam czytać tę książkę od nowa – początkowo po to, aby zrozumieć sens zawartych z niej słów (którego w żaden sposób dopatrzyć się nie potrafiłam), a potem – z uważności, aby nie przeoczyć w swej recenzji żadnej z ważnych kwestii.

Książka jest przewodnikiem na drodze ku odkryciu Teraźniejszości – jedynej chwili, która trwa, jest żywa – jedynej, która ma znaczenie.  Jestem niemal pewna, że każdy z nas – każdego dnia zastanawia się nad tym, co może stać się jutro, na skutek decyzji podjętych dnia wczorajszego. Z racjonalnego punktu widzenia – ma to sens, bo musimy planować rzeczy, które są dla nas ważne, w natłoku codziennych spraw nie możemy wszystkiego zostawiać „jutrzejszej teraźniejszości”.

Na tym polega nasze życie. Nie sposób jednak nie zgadzać się ze słowami, że wczoraj – było wczoraj, a jutro – może nigdy nie nadejść.

Wielokrotnie w swoim życiu na skutek piętrzącego się w nas lęku snujemy katastroficzne wizje, które zazwyczaj w ogóle się nie wydarzają. Sprowadza nas to do wyciągnięcia jedynego słusznego wniosku – nie warto. Nie warto karmić swego umysłu lękami i obawami. Nie możemy też pozwolić na to, aby to umysł kierował naszym życiem – bez naszej świadomości.

Warto natomiast żyć, tu i teraz, planować każdy kolejny dzień swojego życia przyjmując wszystko, co ze sobą niesie. Nie stawiać oporu temu, co nadejść musi, wyciągać wnioski z porażek – zamieniać je w sukcesy i brnąć do przodu, spełniając swoje marzenia. Każdego dnia.

 


Tekst powstał dzięki uprzejmości mojej dobrej koleżanki, która tak jak ja skończyła „psychologię rozwoju osobistego i zawodowego”. To właśnie Ona napisała tę recenzję. Dziękuje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *