Recenzja książki „Potęga teraźniejszości” Eckharta Tolla. Część 1.

Eckhart Tolle, autor książki pt. ”Potęga teraźniejszości”, przed ukończeniem trzydziestego roku życia, żył w ciągłym niepokoju, któremu towarzyszyły depresja i myśli samobójcze. Czując, że nie może już wytrzymać z samym sobą zrozumiał, że w jego umyśle stale toczy się walka, walka pomiędzy sobą  – a sobą.  Kolejne dwa lata swojego życia poświęcił pogłębianiu życia duchowego. Jego świadomość z czasem przestała identyfikować się z fikcją tworzoną przez jego własny umysł.

Nieszczęśliwe, zlęknione „ja” upadło, by w jego miejsce narodziło się wiecznie obecne „ja jestem”. Nauczył się żyć chwilą,  tu i teraz,  a na pytania innych – co zrobić, by móc osiągnąć taki spokój ducha odpowiadał:

Już to masz. Po prostu jeszcze tego nie czujesz, bo twój umysł robi za dużo hałasu”. Aby pomóc zrozumieć te procesy innym ludziom.

Eckhart Tolle napisał książkę „Potęga teraźniejszości. W swej książce autor uzmysławia czytelnikowi, że „oświecenie” nie oznacza jakichś nadludzkich osiągnięć. Tak naprawdę jest naturalnym stanem „autentycznie odczuwalnej jedności z Istnieniem”. Oświecenie jest znalezieniem swojej własnej natury i zrozumieniem swojego miejsca we wszechświecie. Dopóki nie osiągniemy tego stanu, nie będziemy odczuwać więzi z samym sobą. Zamiast tego – ogarniać nas będzie złudne wrażenie osobności pomiędzy nami, a otaczającym nas światem.

Będziemy widzieć siebie jako osobny fragment, co będzie wzbudzało w nas lęk, a konflikty wewnętrzne i zewnętrzne staną się normą. Oświecenie – według Eckharta Tolla – to koniec cierpienia. W momencie, w którym uświadomisz sobie, że przeszłości już nie ma – przez co  w żaden sposób nie podlega już ona modyfikacjom, a przyszłość – to jedynie zbiór egotycznych myśli i przekonań, które wcale nie muszą się zdarzyć – zrozumiesz, że jedyną chwilą, na której warto skupiać swą uwagę – jest teraźniejszość. Wydaje się to oczywiste, a jednak w naszym umyśle stale toczą się procesy, które naszą świadomość zakłócają.

Nieustanny ciąg myśli – wspomnienia, wyobrażenia, lęki przesłaniają nam to, co oczywiste. Gdy uda się zatrzymać ten potok wyobrażeń i natrętnych myśli – pozostaje chwila obecna, świadomość „tu i teraz”.                         Istnieniem zaś – nazywa autor wieczne „stale obecne jedno życie, ukryte w niezliczonych formach”. To nasza prawdziwa natura. Istnienie daje się odczuć, ale nie zrozumieć. Stanowi ono esencję człowieka, daje świadomość – ja jestem, zamiast – ja jestem tym czy owym.

Autor zauważa, że w odczuwaniu tej rzeczywistości przeszkadza ludziom fakt, że nie potrafią oni przestać myśleć. Zmorą dzisiejszych czasów staje się nieumiejętność dotarcia do sfery wewnętrznego bezruchu i ciszy, nieustanny zgiełk umysłu. Stale o czymś myślimy, zaprzątamy swoją głowę setkami spraw, które czasem nawet nas nie dotyczą, przyklejamy etykiety sobie i innym, żyjemy wyobrażeniami i definicjami, które stanowią przeszkodę w tworzeniu jakichkolwiek autentycznych międzyludzkich więzi. Zapominamy, że tworzymy jedność ze wszystkim  co jest.

Myślenie stało się chorobą.

Ludzki umysł stanowi wspaniałe narzędzie – pod warunkiem, że dobrze się nim posługujemy. Problem w tym, że czasami to umysł, który powinien być narzędziem przejmuje nad nami władzę – i zaczyna używać nas. Dopiero uświadomiwszy sobie, że wszystko, co tak naprawdę ważne, ma źródło w czymś głębszym niż umysł – zaczynamy się budzić.

Każdy z nas nieustannie prowadzi w swej głowie wewnętrzne monologi. Komentujemy, porównujemy, osądzamy, snujemy domysły dotyczące wizji naszej przyszłości. Nasz umysł, wszystko, co wiąże się nawet z bieżącą sytuacją – interpretuje jako zdarzenie z przeszłości, tworząc zatem całkowicie wypaczony obraz. Bywa, że taki wewnętrzny głos staje się dla człowieka dręczycielem, wysysając jego życiową energię, stanowiąc źródło cierpień i nieszczęść, a nawet chorób.

Jak uwolnić się zatem od swojego umysłu? Autor radzi:

Postaraj się jak najczęściej wsłuchiwać w głos, przemawiający z wnętrza głowy. Zwracaj szczególną uwagę na wszelkie powtarzające się schematy – stare płyty gramofonowe, które grają ci w głowie, być może od wielu lat (…), słuchaj głosu rozbrzmiewającego w twojej głowie, bądź w niej jako przytomny świadek.

Po przeczytaniu tych słów po raz pierwszy poczułam ciekawość i prawdziwą chęć zapoznania się z treścią książki, która początkowo nie robiła na mnie pozytywnego wrażenia. Zdawała się stanowić mało interesującą literacką pozycję, którą na potrzeby niniejszej pracy musiałam jednak przeanalizować. Im bardziej jednak zagłębiałam się w jej treść, zaczęłam dostrzegać sens w słowach autora. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z faktu, jak wiele osób wpada w pułapki własnego umysłu. Powiem więcej, bez większego trudu pośród tych osób dostrzegłam siebie.

Słuchaj głosu rozbrzmiewającego w twojej głowie, bądź w niej jako przytomny świadek.

Taka świadomość własnego jestestwa wyłania się spoza granic umysłu. Autor jakby chciał powiedzieć – nie oceniaj, nie krytykuj, patrz. Obserwując nasze myśli, stajemy się ich świadkami, nie utożsamiamy się z nimi. Świadomość tego stanowi początek końca  natrętnego myślenia, które prowadzi nas donikąd. W jego miejscu pojawia się niczym nie zmącona jedność z Istnieniem. Przekraczając granicę tego, co uważamy za swoje ja, stajemy się w  pełni obecni.

Inną metodą uwolnienia się od pułapek umysłu, którą proponuje nam autor – jest skupienie się na teraźniejszości. Skupiając się bowiem na chwili obecnej, bycie czujnym i świadomym sprawia, że umysł znika. Cokolwiek robisz w danej chwili rób to tak, aby czynność, która zazwyczaj jest środkiem wiodącym do celu – sama w sobie stała się celem.

Gdy idziesz po schodach zawsze zważaj na każdy krok, każdy ruch, nawet na to jak oddychasz. Bądź w pełni obecny. Kiedy myjesz ręce, zwracaj uwagę na wszystkie doznania zmysłowe: plusk wody i jej dotyk na skórze, ruch dłoni, zapach mydła (…), uświadom sobie poczucie bezdźwięcznej, lecz wymownej obecności…, to jest głębi twojego spokoju wewnętrznego.

Najważniejszy krok ku oświeceniu polega więc na tym, żeby wyzbyć się poczucia tożsamości z własnym umysłem. Autor w „Potędze teraźniejszości” porusza też problematykę umysłu egotycznego. Uświadamia czytelnikowi, że na skutek nałogowego natrętnego myślenia, utożsamiając się z nim, tworzymy pewien myślowy obraz tego, kim jesteśmy. Ten obraz to nic innego jak skrzywione, wytresowane myśli naszego umysłu. Tym Eckhart Tolle nazywa ego, które przy życiu – może utrzymać tylko nasze nieustanne myślenie. Na skutek nieświadomego utożsamiania się z umysłem powstaje fałszywe „ja”. Dla ego nie ma teraźniejszości. Bazuje na tym, co było.

Kim bowiem mielibyśmy dzisiaj być gdyby nie nasza przeszłość? Umysł egotyczny wybiega też w przyszłość szukając tam spełnienia. Czy zdarzyło się Wam myśleć: jeśli schudnę – zaakceptuję siebie w pełni, kiedy przeprowadzę się do większego miasta – będę czuła że żyję, kiedy zmienię pracę, znajdę odpowiedniego partnera, gdy urodzę dziecko, założę rodzinę, dostanę podwyżkę, awans, spłacę kredyt… Czy którejkolwiek z nas zdarzyło się tak… nie pomyśleć? Mimowolnie nasuwają się na myśl słowa, które dawno temu znalazłam gdzieś w sieci:

Droga daje nam szczęście, a nie cel”. Żyjmy więc tu i teraz, bo wczoraj już było, a jutro może nigdy nie nadejść…

Tolle twierdzi, że umysł to nie tylko myśl. W jego obręb wchodzą także emocje. Emocja (z łac. emovere – zakłócać, zakłócenie), to nic innego jak reakcja ciała na to, co robi umysł, odzwierciedlenie umysłu w ciele. Im bardziej ludzie utożsamiają się ze swoim myśleniem, tym silniejszy emocjonalny ładunek z tego powstaje. Często odczuwamy konflikt pomiędzy tym, co mówi nasz umysł a tym, jakie emocje temu towarzyszą.

Jeśli naprawdę chcesz poznać swój umysł, ciało zawsze ukaże ci jego wierne, lustrzane odbicie, przyjrzyj się zatem emocji, a raczej poczuj ją w ciele. Gdy wyda ci się, że dostrzegasz konflikt między myślą, a emocją, myśl będzie kłamać, a emocja powie prawdę.

Autor zachęca nas do przyglądania się swoim emocjom, do ich obserwacji, choć sam przyznaje, że nie jest to łatwe. Emocja chce nami zawładnąć, gdy się jej poddamy – chwilowo stanie się nami. Pomiędzy myślą, a emocją nastąpi sprzężenie zwrotne, myśl zasili emocję, emocja nakręci myśl. Powstaje błędne koło.

Wszystkie odczuwane przez nas emocje pochodzą od emocji pierwotnej, którą najtrafniej odzwierciedla słowo – lęk. Głównym zadaniem umysłu jest wypieranie tego lęku, wewnętrznego bólu, ale jedyne co mu się udaje osiągnąć, to jego kamuflowanie, a im bardziej stara się tego bólu pozbyć, tym bardziej boli. Umysł nie jest w stanie znaleźć rozwiązania, my też tego nie zrobimy, bo aby to osiągnąć – musielibyśmy wyeliminować mózg.

Nie uwolnisz się od bólu, dopóki nie przestaniesz czerpać poczucia własnego „ja” z utożsamiania się      z umysłem – czyli ego.

Nasuwa się pytanie – jak ta wiedza odnosi się do emocji pozytywnych – jak radość, czy miłość?

Autor twierdzi, że odczuwanie tych emocji następuje w momentach „pauzy”. Kiedy w umyśle zapada nieruchoma cisza ma szansę pojawić się subtelna, lecz potężna – miłość, radość, harmonia i spokój. Twierdzi, że emocje wyżej wymienione powinny być zaliczane do „kategorii emocji”, gdyż wyłaniają się z rejonów niedostępnych umysłowi. Emocje zaś należą do sfery umysłu i podlegają prawu przeciwieństw. Oznacza to, że każdemu dobru odpowiada zło, zaś dla każdej pozytywnej emocji istnieje przeciwieństwo.

Tak więc radość, to przejściowy stan pomiędzy bólem, a przyjemnością. Przyjemność zaś czerpiemy z zewnątrz, a radość jest stanem ducha.

Dopóki szukamy spełnienia w przyszłości i w sprawach zewnętrznych, dopóty nie nauczymy się czerpać radości z życia „tu i teraz”, dopóki będziemy utożsamiać się ze swoim umysłem – nie osiągniemy Oświecenia. „Dopóki trwasz w świadomości ducha – ból jest nieunikniony”.

W dalszej części książki autor zauważa, że ludzie sami stwarzają swój ból i cierpią niepotrzebnie. Ból rodzi się bowiem z niezgody, z oporu wobec tego co jest. Na poziomie myślowym opór ten przyjmuje postać osądu. Na poziomie emocjonalnym to taka czy inna postawa negatywna. Im większy stawiamy opór, tym bardziej nas boli. Umysł zawsze stara się negować teraźniejszość i przed nią uciekać. Im bardziej zatem szanujemy i uznajemy teraźniejszość, tym skuteczniej wyzwalamy się spod władzy bólu i cierpienia.

Składową naszego fundamentalnego emocjonalnego bólu jest lęk, który może przybrać formę skrępowania, niepokoju, nerwowości, napięcia czy fobii. Zawsze dotyczy on czegoś, co dopiero może się zdarzyć. Nie jesteśmy wówczas „tu i teraz”. Kiedy utożsamiamy się z umysłem, taki lęk stale będzie nam towarzyszył, a naszym życiem kierować będzie ego. Aby tak się nie stało musimy być świadomi tego, że nie jesteśmy swoim umysłem. Można pozwolić umysłowi być tym czym jest, a zarazem nie dać mu się omotać. Wówczas stajemy się obecni.

Autor w swojej książce stale wraca do definicji czasu i teraźniejszości, zachęca nas do przełamywania nawyków, które każą negować nam bieżącą chwilę i stawiać jej opór. Skupianie się na przeszłości i przyszłości nie jest nam do niczego potrzebne. Czas jest złudzeniem. Powtarzam:

Zawsze masz jedynie chwilę obecną. Twoje życie nigdy nie toczy się poza tą oto chwilą”.

A skoro o tym, jaki kształt przybierze przyszłość decyduje poziom naszej świadomości w danej chwili, cóż przesądza o poziomie naszej świadomości?  Nasza obecność. Umysł człowieka potrafi robić uniki przed teraźniejszością. Jeśli jednak będziesz świadomy, staniesz się obecny. Nauczysz się obserwować własne myśli i emocje, poczujesz się w swoim wnętrzu  naprawdę swobodnie. Nie istnieją niepotrzebne emocje, żadnych nie wolno nam wypierać. Mamy prawo odczuwać odrazę, gniew czy złość.

Nie pozwólmy na to, aby nasz umysł którąkolwiek z nich w nas tłumił. Wypieranie swych emocji powoduje w nas wewnętrzny konflikt, a przecież „wszystko jest w porządku „takie jakie jest”. Akceptując rzeczywistość – prędzej czy później zrobimy krok do przodu osiągając stan, w którym emocje negatywne już nie powstają.

W czym tkwi potęga Teraźniejszości?  To po prostu potęga własnej obecności, świadomości wyzwolonej spod władzy form myślowych. Tylko zapuszczając się w teraźniejszość możemy odnaleźć siebie, doznać olśnienia, zrozumieć, dlaczego nasze dotychczasowe życie kształtowało się tak a nie inaczej. Wnioski nasuną się same.

Zdaniem autora – również utożsamianie się człowieka z jego własnym ciałem fizycznym stanowi element iluzji.  Ciało nie prowadzi nas do Istnienia, stanowi jedynie zewnętrzną skorupę. Tylko wówczas, kiedy trwamy w stanie naturalnej więzi z Istnieniem, odczuwamy tą głębszą rzeczywistość jako niewidzialne ciało wewnętrzne. Nie powinniśmy jednak odwracać się od ciała, gdyż skrywa ono całą wspaniałość naszej prawdziwej i nieśmiertelnej istoty. Gdy zatem z nim walczymy, walczymy z samym sobą. To, co stanowi jedynie zewnętrzną przesłonę skrywa to, co w środku nas samych – niewidzialne ciało wewnętrzne. Zaś kluczem do wszystkiego jest stała z nim łączność.

Im bardziej staramy się skupić uwagę w ciele, tym bardziej bowiem zakotwiczamy się w Teraźniejszości, nie gubiąc się ani w zewnętrznym świecie, ani we własnym umyśle. Głębokie wnikanie w ciało autor odbiera niczym medytację. Na takim poziomie rozwiewa się różnica pomiędzy tym, co zewnętrzne, a tym co wewnętrzne. Wniknąwszy w swoje ciało głębiej, przekraczamy jego granice… c.d.n.

 

 


Tekst powstał dzięki uprzejmości mojej dobrej koleżanki, która tak jak ja kończy „psychologię rozwoju osobistego i zawodowego”. To właśnie Ona napisała tę recenzję. Dziękuje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *